over and out.

Można bardzo długo udawać, że nic się nie dzieje. Podróżować, czytać książki, słuchać muzyki, poznawać nowe miejsca i ludzi. Później zaś następuje taki moment, że wszystko się tak spiętrzy, że nie ma możliwości i trzeba być rozważnym, poważnym i dorosłym.

Panie i Panowie wakacje się skończyły.

http://www.youtube.com/watch?v=xIkUiD8N81k&feature=related

Blog się mocno spersonalizował. Zajmę się zatem poważnymi sprawami i dam mu odpocząć. Zwłaszcza, że przez to moje paplanie i nie robienie komuś zdarzyło się “pożyczyć” mój projekt.

Wstrzasniony nie zmieszany.

Cos sie spsulo i bedzie bez fontow. Wybaczcie.

Czesto slyszy sie historie o ludziach, ktorym po uderzeniu w glowe odmienilo sie zycie. Otoz i mnie sie to zdarzylo. Mialam cos co uroczo nazywa sie wstrzasnieniem mozgu. Nie wstrzas. Wstrzasnienie. Taki slodzik zamiast cukru. W takich momentach zycia czlowiek odnajduje spokoj i ukojenie w ciemnych, cichych pomieszczeniach. Najlatwiej znalezc ukojenie w pozycji lezacej [sic!].

Co sie zmienilo?

Oprocz standardowych sensacji pt.: zawroty glowy, wymioty, nadwrazliwosc na swiatlo i duze natezenie dzwieku oraz bonusow brzmiacych za kazdym razem zadzwiajaco podobnie: “jakie to bylo slowo?”, “jaki dzien dzis jest? jak to? nie sroda?”, “mow wolniej prosze, bo nie rozumiem”, “to Ty narysowalas to na szybie? nie? jak to ja? kiedy? chwile temu? ojej” otrzymalam od losu pare ciekawych dodatkowych opcji systemowych.

Opcja systemowa nr 1: Sny.

Sny staly sie jeszcze bardziej barwne i prorocze. Jeden wielki podswiadomosciowy strumien polaczony przeczuciami, przezyciami opakowany w kolorowy barwny i odczuwalny wlasciwie wszystkimi zmyslami format. Niesamowite. Dlugosc snu oscyluje pomiedzy 3 a 14 godzinami na dobe. W kazdym przypadku budze sie wypoczeta! Pojawil rzadko dotad spotykany sposob spania. Stan czuwania. Wlasciwie to spie, ale z drugiej strony wszystko slysze i moge spokojnie sobie myslec, pozniej zapadam w glebszy sen, by po chwili wrocic do stanu czuwania.

Opcja systemowa nr 2: Zima jest piekna.

Dotad nieznosilam zimy, byla jednym wielkim obciazeniem, momentem w cyklu zycia, o ktorym sie nie mowi. Kalendarzowa czarna dziura, ktora nalezy przeczekac najlepiej udajac, ze jej nie ma. Teraz?! Zima jest po prostu piekna. Wszedzie masa sniegu (tak! nie bialego szajsu tylko sniegu!), ktory spokojnie sypie sobie z nieba, otulajac zwariowane w chaosie miasto wygluszajac jego zgielk. Spowalnia miejski organizm i wycisza jego trybiki. Do tego nie ma sie gdzie spieszyc, bo przeciez bardzo pada i wszystko jest zasypane. Przestalo tez mi byc zimno, ale to juz zasluga heparyny (przy okazji nogi w gipsie, ale to juz zupelnie inna historia).

Nagle zas okazalo sie, ze swiat zimy potrafi byc niebywale fascynujacy. Przede wszystkim akcje z cyklu “we all share the same shelter”: wspolne wypychanie zasypanych samochodow, kopanie czym-popadnie, w celu utorowania sobie drogi wyjscia, chodzenie po ulicy “bo po chodniku sie nie da”. Najlepsza zas byla 6 godzinna podroz z Torunia do Warszawy z srednia predkoscia 40 km/h w towarzystwie nie bardzo orientujacych sie w dramacie kolegow. Prosta recepta na strach okazala sie krotka przerwa na stacji beznynowej i szybka nauka hamowania i robienia wywijasow na recznym.

Kazdy czlowiek, zas okutany, poobwijany caly, obsypany sniegiem od gory do dolu, staje sie uroczym balwankiem, ludzikiem sniegu z dzieciecych fantazmagorii. W pewnych temperaturach i warunkach atmosferycznych zewnetrzna warstwa ubioru traci funkcje estetyczno-pawia (cokolwiek).

Spacer zas, ktory jest koniecznoscia gdy w pogardzie ma sie zatloczone powoli sunace po drodze wielorybusy, przemienia sie w wielka przeprawe przez Gory Sniegu.

Niczym obiezyswiat brne przed siebie obserwujac otoczenie i mijajace mnie humanoidy. Nie wolno upasc, nie wolno tracic ani zostac traconym, nigdy zas nie dac sie zamoczyc. Za chwile dojde do Wedrujacych Wysp, ktore skutecznie zepchna mnie do kanalu z wielorybusami. Bezwzgledna sol wyzera caly kolor, ktory posiadam, zmieniajac przede wszystkim buty w Okropna Szarobezowosc - cena za zmniejszenie ryzyka upadku. Pomijam podwojne zagrozenie zwiazane z klatwa rozsypywania soli jakim obciazaja sie ciecie, by ratowac spoleczenstwo. Mijam nieuczeszczane teraz parki ukryte pod gruba koldra sniegu. Zatrzymuje sie na chwile. Fantaztyjne pagorki, martwe jeziorka, pokryte lukrem smietniki i lawki z marcepanu oswietlone zoltocieplym lub niebieskobladym swiatlem teraz maja w sobie cos z romantycznej zapomnianej krainy, ktora niegdys tetniaca zyciem i wypelniona sloncem, dzis pusta, lecz nieumarla oczekujaca na lepsze czasy. Niedostepna, odlegla i piekna. Po chwyli niemego zachwytu wyruszam dalej. Jakze czuje sie dzielna gdy w oddali widze cel - miejsce wypelnione jasnym swiatlem, gwarem, cieplem i humanoidami, ktorzy zdjawszy z siebie ochronne powloki staja sie juz bardziej ludzcy i bardziej bliscy.

Jak tu nie lubic zimy?

Opcja systemowa nr 3: Zapominam jesc.

Przy moich stanach cukrowych to co najmniej dziwne. Po prostu nie odczuwam glodu, zapominam o tym, ze nie jem i malo tego nie mam niskiego cukru, albo mam tylko przestalam to odczuwac. Stracilam tez apetyt. Przestalam jesc zaczelam sie odzywiac. Takze moje dzienne menu sklada sie mniej wiecej z jednego tosta lub kanapki z dzemem.

Opcja systemowa nr 4: szybko sie mecze.

Po napisaniu tej notki jestem juz zmeczona i musze ise na chwile polozyc. Nie jest to fizyczne zmeczenie, ani potrzeba snu - za duzo pisania/czytania, ktore jest jeszcze troche zabronione powoduje, ze mnie troche wylacza. Cos w mojej glowie mowi mi, ze trzeba wylaczyc muzyke i sie polozyc, bo inaczej sie w niej kreci. Probowalam przeczytac notke, zeby sprawdzic literowki - niestety nie potrafie jej teraz przeczytac.

Takze ide lezec. Ciao

Edit: leksykalnie jeszcze. ukryta piata opcja systemowa - nie mam dysleksji, ale zaczelam robic takie bledy ortograficzne, ze szok. W sensie: Wes zamiast Wez i pare innych kwiatkow, udalo mi sie tez tutaj napisac Chamowac. No koszmar. Tylko ja na prawde tego nie widze w trakcie pisania! Dopiero jesli zdarzy mi sie czytac pozniej to widze. Mam tez wrazenie, ze pisze jak potluczona.

Nie, po bardzo nie chce mi się.

Nie chce mi się. Absolutnie nie. Nie napiszę zgrabnej notki o tym, że mając przyjaciela, który wybrał się do Chin nie odczuwam jego nieobecności, bo rozmawiam z nim w związku z tym (przez komunikatory wszelakie) więcej niźli gdy jest w Warszawie. Nie napiszę też, że wszyscy nagle gdzieś pojechali, ani o tym, że nie mam czasu czytać i tęsknię za fotografowaniem. Nie napiszę ani słowa o tym, że uporczywie poszukuję idealnego wykonania King of Fairies.

Apatia.

Powinnam też podsumować rok, ale po co pisać, że zmieniłam trzy razy pracę, dwa razy mieszkanie, cztery raz kolor włosów. Nie wspomnę w ogóle o tym, że pierwszy raz miałam gips na nodze (właśnie za pomocą noża kuchennego zdjęłam sobie to szataństwo), a w pierwszej połowie minionego roku chodziłam o kulach.

Po co. Po co. Po co. Po co to wszystko.

No po co?

Śmieszności.

Wracam po kilku dniach w bardziej intensywnym niebycie i napotykam w świecie informacji dwie śmieszności - polski muzyk za granicą aresztowany, bo pasował do rysopisu alfonsa, polski senator i kokainowy skandal.

Co do tego drugiego to złośliwie na usta ciśnie mi się hasło - jaki ojciec taki syn.

pozdrawiam anonimowo

Stenogram czyli zanim zechcesz pójść ze mną na kawę, by zapytać co u mnie.

Koniec Komunty Otwock, nie wiem czy cieszyć się czy smucić.

Piwo kolendrowe jest pyszne. Istnieje bowiem kolorowy świat piw, który niespodziewanie odkryłam.

Megan Fox w drugiej odsłonie Transformersów jest fatalna.

Ceramika, ceramika, ceramika. Wyszłam z etapu kuli, zrobiłam Pierwszy Wazon, Pierwszą Filiżankę ze spodkiem, Pierwszą Miseczkę to picia salepu, Pierwszy Dzbanek, Pierwszy Wisior, Pierwszą Popielniczkę, Pierwszą Miseczkę.

Zbliża się sesja. Zaczynam się uczyć. Będę mieć mniej czasu.

Geniusz Cymande jest nieokreślony i wciąż nie mogę się nasycić tym muzycznym fenomenem.

Znalazłam świetną saunę i pewnie pochodzę trochę na basen.

Jesień się kończy. Dobrze jest.

Barti Fabi zainspirowawszy mnie swoją fascynacją nad fleksją naszego rodzimego języka przyczynił się pośrednio do mojej, z kolei, fascynacji nowoutworzonym słowem. Panie i Panowie przedstawiam Wam:

“Dobry pożyczalski” by Olo

tam dam dam!

o mnie, o mnie.

Jest tu o mnie! Do przebrnięcia dużo gadania o grach etc.  sama jeszcze nie dotarłam, do recenzji moich warsztatów, ale lucek twierdzi, że się ucieszę!

http://poklad-podcast.blogspot.com/2009/11/pokad-4.html

edit: 42 minuta!

Buch, buch, buch - para w ruch.

Kostucha, kostucha szepce koło ucha,

a ja drwię i głowa żarem bucha.

Let’s groove - http://www.youtube.com/watch?v=nQKsKnIj4Uo

wieści z frontu

niechcemisiępisaćrecenzjifalkonubylopoprostusuper. stop. zrobilamfajnewarsztatyispotkalamfajnychludzi stop. lublinrzadzi.

Rodzina ze zdolnością do zapominania.

Rodzina Józefa K. była dziwną rodziną. Wszyscy splątani ze sobą w nieprzeniknioną konfigurację niuansów pozostawali w bliskiej relacji mimo waśni i sporów. Spotykali się często przy wspólnym stole, by modlić się i odprawiać rytuały należne świętym dniom. Jednocześnie zaś przy tym zacnym meblu toczyły się formalne i podskórne rozgrywki mające na celu udowodnienie wyższości intelektualnej atakującego. Informacja o śmierci  Józefa K. najbardziej dotknęła seniorów rodziny. Wstrząśnięci przede wszystkim tym, że była ona tak nagła długo nie mogli pogodzić się z faktem, że w ogóle nastąpiła. Wciąż wysyłali mu zaproszenia na kolacje, na które nie mógł już przyjść. Pisali do niego wiadomości, na które nie mógł już odpisać. Oboje niezłomnie, nieprzerwanie czekali. To akurat wychodziło im zawsze bardzo dobrze. Dodatkowe nakrycie na stole każdego piątku było bardzo wymowne.  Córki ich głośno opłakiwały jego stratę obiecując pamiętać go zawsze. Synowie ich pogrążeni w myślach i smutku milczeli.

Po kilku miesiącach nikt już o Józefie K. nie pamiętał. Nikt już o nim nie mówił. Anegdoty z jego udziałem stały się dziwnie niespójne i delikatnie przemilczane. Był martwy, o takich źle się nie mówi. Oni nie mówili w ogóle.