Nie, po bardzo nie chce mi się.
Nie chce mi się. Absolutnie nie. Nie napiszę zgrabnej notki o tym, że mając przyjaciela, który wybrał się do Chin nie odczuwam jego nieobecności, bo rozmawiam z nim w związku z tym (przez komunikatory wszelakie) więcej niźli gdy jest w Warszawie. Nie napiszę też, że wszyscy nagle gdzieś pojechali, ani o tym, że nie mam czasu czytać i tęsknię za fotografowaniem. Nie napiszę ani słowa o tym, że uporczywie poszukuję idealnego wykonania King of Fairies.
Apatia.
Powinnam też podsumować rok, ale po co pisać, że zmieniłam trzy razy pracę, dwa razy mieszkanie, cztery raz kolor włosów. Nie wspomnę w ogóle o tym, że pierwszy raz miałam gips na nodze (właśnie za pomocą noża kuchennego zdjęłam sobie to szataństwo), a w pierwszej połowie minionego roku chodziłam o kulach.
Po co. Po co. Po co. Po co to wszystko.
No po co?
Po co? A po to, że mimo wszystko (a raczej właśnie dzięki wszystkiemu) życie jest jednak piękne
.