Wstrzasniony nie zmieszany.
Cos sie spsulo i bedzie bez fontow. Wybaczcie.
Czesto slyszy sie historie o ludziach, ktorym po uderzeniu w glowe odmienilo sie zycie. Otoz i mnie sie to zdarzylo. Mialam cos co uroczo nazywa sie wstrzasnieniem mozgu. Nie wstrzas. Wstrzasnienie. Taki slodzik zamiast cukru. W takich momentach zycia czlowiek odnajduje spokoj i ukojenie w ciemnych, cichych pomieszczeniach. Najlatwiej znalezc ukojenie w pozycji lezacej [sic!].
Co sie zmienilo?
Oprocz standardowych sensacji pt.: zawroty glowy, wymioty, nadwrazliwosc na swiatlo i duze natezenie dzwieku oraz bonusow brzmiacych za kazdym razem zadzwiajaco podobnie: “jakie to bylo slowo?”, “jaki dzien dzis jest? jak to? nie sroda?”, “mow wolniej prosze, bo nie rozumiem”, “to Ty narysowalas to na szybie? nie? jak to ja? kiedy? chwile temu? ojej” otrzymalam od losu pare ciekawych dodatkowych opcji systemowych.
Opcja systemowa nr 1: Sny.
Sny staly sie jeszcze bardziej barwne i prorocze. Jeden wielki podswiadomosciowy strumien polaczony przeczuciami, przezyciami opakowany w kolorowy barwny i odczuwalny wlasciwie wszystkimi zmyslami format. Niesamowite. Dlugosc snu oscyluje pomiedzy 3 a 14 godzinami na dobe. W kazdym przypadku budze sie wypoczeta! Pojawil rzadko dotad spotykany sposob spania. Stan czuwania. Wlasciwie to spie, ale z drugiej strony wszystko slysze i moge spokojnie sobie myslec, pozniej zapadam w glebszy sen, by po chwili wrocic do stanu czuwania.
Opcja systemowa nr 2: Zima jest piekna.
Dotad nieznosilam zimy, byla jednym wielkim obciazeniem, momentem w cyklu zycia, o ktorym sie nie mowi. Kalendarzowa czarna dziura, ktora nalezy przeczekac najlepiej udajac, ze jej nie ma. Teraz?! Zima jest po prostu piekna. Wszedzie masa sniegu (tak! nie bialego szajsu tylko sniegu!), ktory spokojnie sypie sobie z nieba, otulajac zwariowane w chaosie miasto wygluszajac jego zgielk. Spowalnia miejski organizm i wycisza jego trybiki. Do tego nie ma sie gdzie spieszyc, bo przeciez bardzo pada i wszystko jest zasypane. Przestalo tez mi byc zimno, ale to juz zasluga heparyny (przy okazji nogi w gipsie, ale to juz zupelnie inna historia).
Nagle zas okazalo sie, ze swiat zimy potrafi byc niebywale fascynujacy. Przede wszystkim akcje z cyklu “we all share the same shelter”: wspolne wypychanie zasypanych samochodow, kopanie czym-popadnie, w celu utorowania sobie drogi wyjscia, chodzenie po ulicy “bo po chodniku sie nie da”. Najlepsza zas byla 6 godzinna podroz z Torunia do Warszawy z srednia predkoscia 40 km/h w towarzystwie nie bardzo orientujacych sie w dramacie kolegow. Prosta recepta na strach okazala sie krotka przerwa na stacji beznynowej i szybka nauka hamowania i robienia wywijasow na recznym.
Kazdy czlowiek, zas okutany, poobwijany caly, obsypany sniegiem od gory do dolu, staje sie uroczym balwankiem, ludzikiem sniegu z dzieciecych fantazmagorii. W pewnych temperaturach i warunkach atmosferycznych zewnetrzna warstwa ubioru traci funkcje estetyczno-pawia (cokolwiek).
Spacer zas, ktory jest koniecznoscia gdy w pogardzie ma sie zatloczone powoli sunace po drodze wielorybusy, przemienia sie w wielka przeprawe przez Gory Sniegu.
Niczym obiezyswiat brne przed siebie obserwujac otoczenie i mijajace mnie humanoidy. Nie wolno upasc, nie wolno tracic ani zostac traconym, nigdy zas nie dac sie zamoczyc. Za chwile dojde do Wedrujacych Wysp, ktore skutecznie zepchna mnie do kanalu z wielorybusami. Bezwzgledna sol wyzera caly kolor, ktory posiadam, zmieniajac przede wszystkim buty w Okropna Szarobezowosc - cena za zmniejszenie ryzyka upadku. Pomijam podwojne zagrozenie zwiazane z klatwa rozsypywania soli jakim obciazaja sie ciecie, by ratowac spoleczenstwo. Mijam nieuczeszczane teraz parki ukryte pod gruba koldra sniegu. Zatrzymuje sie na chwile. Fantaztyjne pagorki, martwe jeziorka, pokryte lukrem smietniki i lawki z marcepanu oswietlone zoltocieplym lub niebieskobladym swiatlem teraz maja w sobie cos z romantycznej zapomnianej krainy, ktora niegdys tetniaca zyciem i wypelniona sloncem, dzis pusta, lecz nieumarla oczekujaca na lepsze czasy. Niedostepna, odlegla i piekna. Po chwyli niemego zachwytu wyruszam dalej. Jakze czuje sie dzielna gdy w oddali widze cel - miejsce wypelnione jasnym swiatlem, gwarem, cieplem i humanoidami, ktorzy zdjawszy z siebie ochronne powloki staja sie juz bardziej ludzcy i bardziej bliscy.
Jak tu nie lubic zimy?
Opcja systemowa nr 3: Zapominam jesc.
Przy moich stanach cukrowych to co najmniej dziwne. Po prostu nie odczuwam glodu, zapominam o tym, ze nie jem i malo tego nie mam niskiego cukru, albo mam tylko przestalam to odczuwac. Stracilam tez apetyt. Przestalam jesc zaczelam sie odzywiac. Takze moje dzienne menu sklada sie mniej wiecej z jednego tosta lub kanapki z dzemem.
Opcja systemowa nr 4: szybko sie mecze.
Po napisaniu tej notki jestem juz zmeczona i musze ise na chwile polozyc. Nie jest to fizyczne zmeczenie, ani potrzeba snu - za duzo pisania/czytania, ktore jest jeszcze troche zabronione powoduje, ze mnie troche wylacza. Cos w mojej glowie mowi mi, ze trzeba wylaczyc muzyke i sie polozyc, bo inaczej sie w niej kreci. Probowalam przeczytac notke, zeby sprawdzic literowki - niestety nie potrafie jej teraz przeczytac.
Takze ide lezec. Ciao
Edit: leksykalnie jeszcze. ukryta piata opcja systemowa - nie mam dysleksji, ale zaczelam robic takie bledy ortograficzne, ze szok. W sensie: Wes zamiast Wez i pare innych kwiatkow, udalo mi sie tez tutaj napisac Chamowac. No koszmar. Tylko ja na prawde tego nie widze w trakcie pisania! Dopiero jesli zdarzy mi sie czytac pozniej to widze. Mam tez wrazenie, ze pisze jak potluczona.
Sny to drobiazg (choć ten stan czuwania wygląda dość praktycznie). Zmęczenie - naturalna sprawa. Apetyt - no cóż, Noreen będzie jeszcze szczuplejsza niż dotąd (przekonamy się, czy to możliwe). Ale żeby zimę nagle polubić? To już groźne
Zdrowia życzę…
A dziekuje Ci Pietia przyda sie
Wszystko poza snami i błędami ort. mam naturalnie, sam z siebie. Zwłaszcza miłość do zimy i wszystkich jej społeczno-estetycznych przymiotów. Ale te sny brzmią kusząco. Facepalm wystarczy, czy trzeba mocniej?